|
... z tendencją do Tej Jednej. 30tki były dwie - jedna wyjechała do Warszawy, druga do Nowego Jorku. No i tę drugą tak wciągnęło, że bywa na blogu nieczęsto.
niedziela, 04 stycznia 2009
Postanawiam nie postanawiać
Do pierwszych zakupów w nowym roku trzeba się przyłożyć. Dla mnie to zawsze wyznacznik tego, jaki będzie rok. Tegoroczne wydawanie pieniędzy zaczęłam od biletów do teatru. Mam też w najbliższym planie zakup jubileuszowego albumu Simply Red i powieści Philipa Rotha w oryginale. Poza tym,
idąc za radą wszystkich dookoła postanawiam nie postanawiać. Choć dziwnie się z
tym czuję, bo jednak zawsze coś postanawiałam wyznaczając sobie cele na rok. Można
powiedzieć, że mam jeszcze kilka zaległych z zeszłego roku … No i tak się
umówmy, będę realizować jeszcze zeszłoroczne. Mam
natomiast kilka życzeń noworocznych. To taka zawoalowana forma postanowień ;) Chciałabym,
żeby ten rok był rokiem naprawdę wyraźnie lepszym od poprzedniego. Chciałabym realizacji
wyzwań i związanych z nimi satysfakcji. Chciałabym miłości szczęśliwej. I
chciałabym zainwestować w siebie – pod względem kulturalnym, fizycznym i
intelektualnym. I tyle.
Ciągle tutaj nie wracam i ciągle jestem tuż
obok.
poniedziałek, 29 grudnia 2008
2008 czyli dwójka, dwa zera i nieskończoność
Z zaniepokojeniem przyglądam się moim zeszłorocznym postanowieniom. Nie tylko dlatego, że po raz pierwszy od wielu lat nie zrealizowałam co najmniej 90%. Nie. Raczej dlatego, że kiedy dzisiaj czytam tamtą notkę, mam nieodparte wrażenie („graniczące z pewnością” powiedzieliby erudyci ;), że byłam na jakimś haju. A w każdym razie w górnych rejonach stref euforycznych. Nie wiem teraz, bo najzwyczajniej w świecie nie pamiętam, czy ja naprawdę byłam taka przepełniona pozytywną energią, czy tylko dodawałam sobie otuchy optymistycznymi propagandowymi notkami. Trochę, muszę to przyznać, rodem z mojego marketingowego świata. Mój klimat na koniec roku jest z goła inny od tego na początku. Mam poczucie niczego. I to nie tylko z powodu postanowień, z którymi w końcu nie jest aż tak źle, biorąc pod uwagę ambitne wyzwania, jakie sobie postawiłam. Mam poczucie pustki. Totalnej. Patrzę na ten rok, patrzę wstecz i myślę – co ja takiego zrobiłam w tym roku. Dlaczego miałabym go uznać za ważny. Nie przypominam sobie. Odniosę się po kolei. Po pierwsze, faktycznie ładnie wyglądałam. Muszę to przyznać. Były w tym roku spódniczki, obcasy, był regularny fryzjer, dbanie o cerę. Tutaj się chwalę. Dałam rady. No jeszcze bez biżuterii, ale i nad tym popracujemy. Po drugie nie wróciłam do niemieckiego. Ani przez moment nie zaczęłam realizować tego postanowienia. Nie miałam ochoty. Ilekroć sobie pomyślałam, że mogłabym znowu mówić po niemiecku, robiło mi się niedobrze. Jakby to była jakaś nieświeża świąteczna ryba. Klęska. Po trzecie, nie dbałam o siebie. Łącznie z takimi akcjami jak moje zemdlenie w marcu po ciężkiej pracy w lutym. Tylko ja się doprowadziłam do tego stanu i tylko ja jestem za to odpowiedzialna. Nie zaczęłam ćwiczyć, byłam dosłownie kilka razy na basenie i saunie, ale to ciągle za mało, żeby zaliczyć to postanowienie. Porażka. Po czwarte praca. No właśnie. Nie mam poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Mam wrażenie, że to był rok bez wyzwań. Nie musiałam się z niczym zmagać, nie zrobiłam niczego odkrywczego, nie wpadłam na pomysł swojego życia. Ok., lutowy projekt był największym eventem, jaki do tej pory zorganizowałam, ale to było jednorazowe wydarzenie. W pracy, bez większych wzruszeń. A ja przecież potrzebuję adrenaliny jak nikt inny. Po piąte odpoczynek. Pełna realizacja. Autentycznie się udało. Pierwszy raz w życiu pojechałam na dwa urlopy. Bez wyrzutów sumienia i wyłącznie koncentrując się na sprawianiu sobie przyjemności. Było rewelacyjnie. Po szóste kultura. I tutaj też przyznaję sobie nagrodę. Chodziłam na koncerty, do teatru mniej, ale też, do kina, a nawet opery. Wszystko to wiecie, bo Froblog faktycznie działa i zapełnia się tekstami. Sukces. W siódmym postanowieniu pustka totalna. I tak oto kończę ten rok. Rok spokoju, dostatku, dryfowania po powierzchni wody. Wiele osób byłoby zadowolonych z takiego stanu rzeczy. Ja kończę go z większą ilością znaków zapytania niż odpowiedzi. Ze skołowaniem i zastanawianiem się, o co mi tak naprawdę w życiu chodzi. Ostatnio patrzę sobie na moje ulubione zdjęcie wakacyjne. Chłopiec z latawcem. Coraz częściej mam wizję, że mieszkam w takim białym domku nad Oceanem w Andaluzji, jakoś tam pracuję w ciągu dnia, ale głównie zajmuję się obserwowaniem plaży, Oceanu i oddychaniem. I tylko dlaczego w tej mojej wizji idealnego miejsca jestem raczej sama? Wrócę jeszcze z postanowieniami na 2009. To będzie rok bawoła. Choć przeraża mnie myśl o nim. To jednak lepiej się czuję planując … więc postanowienia będą. Może powinnam postanowić sobie, że będę bardziej pokorna i z większą wdzięcznością, a mniejszymi oczekiwaniami przyjmę, co mi przyniesie 2009?
czwartek, 06 listopada 2008
The Wall
No niestety. Chyba dobiłam do jakiejś ściany. Grubszej niż wszystkie do tej pory. Bardzo przepraszam Was wszystkich, którzy lubiliście sobie tutaj poprzebywać. Ja też lubiłam. Ale jakoś … jakoś już nie. Nie mam ochoty na obowiązki. A przez ostatnie dwa tygodnie odczuwałam głównie poczucie winy, że mnie tu nie ma. Obiecywałam sobie, planowałam zadania, miałam wrócić do domu i wreszcie coś napisać. I nic. Słowa mi uciekały. Ściana się zbliżała. Another brick in the wall … Wylogowuję się więc. Przykro mi, ale mówię NIE. Wyczerpała się formuła. Wyczerpałam się ja. Pewnie większość z Was to przeżyło i rozumie. Pewnie większość z Was myśli, że mi przejdzie. Być może. Mojej odsłony kulturalno-kulinarnej nie zawieszam. Służy mi. Choć też nie mam na nią ochoty i siły. Bardzo Wam wszystkim dziękuję za uwagę. Bloga nie zamknę, bo nie jestem tu sama. Choć druga strona milczy od dawna, to jednak istnieje taka możliwość, że będzie chciała wrócić i pisać. Podobnie jak ja. Możliwość zawsze istnieje.
niedziela, 26 października 2008
Żyję
A kiedy dzisiaj wracałam w totalnym korku Dolinką Służewiecką i zamiast kląć na czym świat stoi, włączyłam Trójkę, a tam Martyna zaintonowała „W domach z betonu…”, natychmiast zrobiło mi się dobrze. Jechałam jeszcze kilkanaście minut i śpiewałam razem z nią. Były też „Żagle tuż nad samą ziemią”. I też śpiewałam. I myślę sobie, że nie straszna mi ta nadciągająca zima. Choć dzień się skończył dzisiaj o 17tej, a ja pozostałam w swojej strefie czasowej – letniej – bo taka jest tylko moja i w takiej się czuję normalnie. W piątek bawiłam się na imprezie do 4tej rano. Nie pamiętam, kiedy tak późno wracałam z imprezy. Wczoraj byłam na koncercie Ścierański&Maseli i Benek Maseli mnie wzruszył jak zwykle. Chłopięcy urok, piękne smutne oczy, artystyczne szaleństwo, no jest po prostu cudowny i nie ma o czym mówić. Czasem te oczy kierował w … stronę publiczności i wtedy było najładniej. A poza wszystkimi elementami estetycznymi, grali cudną muzykę. Naprawdę świetny jazz dwójki profesjonalistów – na gitarze basowej i wibrafonie, obydwu w wydaniu elektrycznym, czasem nie wiadomo było kiedy kto gra jaki dźwięk. Bosko. I po raz kolejny przypomniałam sobie, po co jestem w tym mieście. A w środę Al Jarreau. Żyję! PS. Chciałam powiedzieć, że się nie zakochałam niestety. Po prostu wirtualny świat wciąga mnie ostatnio mniej niż realny.
czwartek, 16 października 2008
Gdzie ja jestem jak mnie tu nie ma?
Żyję moi drodzy. Jakoś tak po urlopie wyszło, że jest intensywniej. Dużo pracuję i mam kilka ciekawych projektów, więc czemu nie. Spotykam się z ludźmi, czy to tak spontanicznie po pracy, czy po wcześniejszych umówieniach w konkretnym celu typu kino czy kolacja. Wczoraj byłam na „Kobietach”, dzisiaj idę na degustację wina. W końcu trzeba się jakoś przeorientować w tym wszystkim po urlopie. Za dużo czasu spędzałam w sieci i myślę, że pora to zmienić. Nawet czytam jakieś książki – przeczytałam niedawno „Senność” Kuczoka. Piszę intensywniej na Froblogu, bo jest o czym. I niech tak będzie. Nie mam ochoty analizować dalej kryzysu finansowego, a tym bardziej zajmować się kwestią stołków na szczycie. Swoją drogą, zawsze mi się wydawało, że o stołki na szczycie walczą tylko karierowicze. No cóż, pora zrewidować poglądy. I może dodać zdanie „a chcieć to sobie możesz” do standardów komunikacyjnych. Wzorem dyplomatów.
poniedziałek, 13 października 2008
Kryzys finansowy
Moim zdaniem trzeba się nie dać. To wszystko, co mam do powiedzenia w tym temacie. I choć bardzo się boję, bo przypominam sobie bardzo trudne lata 2000 – 2001, to jednak postanowiłam zajmować sobie głowę innymi rzeczami i może jednak nieco uważniej przyglądać się pieniądzom, które wydaję. Na pewno nie jest to moment na szaleństwa finansowe. Nie jest to moment na kupowanie nowego mieszkania. Być może będzie, kiedy ceny istotnie spadną, a wynagrodzenia nie, ale nie wiem czy tak się stanie. Trzeba uważać, to prawda. I trzeba się nie dać, również negatywnemu myśleniu. W tej sprawie w weekend zajmowałam się rzeczami miłymi – był więc nowy film braci Coen, był koncert w Tygmoncie, było odsypianie tygodnia, łapanie resztek słońca i kolacja w włoskiej restauracji Arsenał. I tego się będę trzymać. Trzeba się nie dać.
poniedziałek, 06 października 2008
Weekend wzruszeń
Weekend minął pod znakiem wzruszeń. Najpierw się wzruszałam, że Anima w Warszawie, czemu dałam upust na blogu. Od razu zrobiłam się bardziej towarzyska, mam ochotę organizować imprezy i w ogóle spotykać się z ludźmi znacznie częściej niż do tej pory. Po raz drugi tego weekendu wzruszyłam się oglądając telewizję. W programie „Mam talent” wystąpiła 15-latka, Paulina Lenda. Zaśpiewała piosenkę India Arie „Ready For Love”. Kto nie słyszał, temu polecam wejść tutaj i dać głośniej. Przy trzeciej zwrotce, pociekły mi łzy, a Prokopa za tę idiotyczną wstawkę w trakcie jej śpiewania, najchętniej bym ukarała. W niedzielę natomiast wybrałam się na „Elegię”. Pełną recenzję macie na Froblogu, a tutaj powiem tylko tyle – płakałam, nie umiałam przestać o tym myśleć, analizowałam, zastanawiałam się, utożsamiałam, po prostu niezwykle osobiście odebrałam to kino. I wiem, że nie tylko ja. A ponieważ nie lubię Penelopy, mam wrażenie, że jestem obiektywna.
sobota, 04 października 2008
Od rana mam dobry humor ...
Właściwie nie przypuszczałam, że tak bardzo mi tego brakuje. A brakowało mi bardzo. Dopiero po wczorajszej nocy i dzisiejszym porannym dobrym humorze, zorientowałam się, o co chodzi. Rozmawiałam od rana z kilkoma osobami i wszystkie były totalnie zdziwione moim szczebiotaniem, chichotaniem i dobrym samopoczuciem. Bo przecież za oknem szaro, zimno i deszczowo i nie ma w sumie powodów, a jednak. Wczoraj było świetnie. Podobnie świetnie w środę. I jeszcze kilka razy. Jest po prostu dobrze. I od razu wszystkich przepraszam, że sobie coś pomyśleliście. Nic z tych rzeczy. J Po prostu przyjechała z Nowego Jorku koleżanka Anima i po prostu nie umiem się z nią nagadać i wreszcie jest tak, że gadamy, wychodzimy do baru na piwo, a mieszkając obok siebie, możemy zawsze wskoczyć do siebie po pracy i obejrzeć razem „You can dance”. Dzięki Aniu, że jesteś.
wtorek, 30 września 2008
Poprawianie humoru
„...gdy weszła Pani do hallu w tę lotniskową bylejakość, nie sposób było tego nie zauważyć, co tym dziwniejsze, że żadnego wyróżniania się strojem, tylko ... hm… jakaś emanacja elegancji ducha, spokoju, wewnętrznej pogody, urody twarzy, sylwetki ... i włosy... uczesane jak u Daisy z Wielkiego Gatsby... i jakaś niezwykłość... może najwyraźniej dałoby się to moje wrażenie wyrazić przykładem; że np. hotel w którym się Pani zatrzyma , może sobie automatycznie przyznać dodatkową gwiazdkę w klasyfikacji...” No cóż moi mili, to nie jest fragment żadnej powieści. To fragment maila, który napisała do mnie moja przemiła towarzyszka podróży samolotowej. Piękna kobieta, w średnim wieku, podróżująca z mężem. Bardzo dystyngowana, ciepła, kulturalna i niesamowita para. Taka, jaką chciałabym kiedyś z kimś stworzyć. Kiedy czyta się takie rzeczy na swój temat, człowiek ma ochotę fruwać. Bardzo mi to było potrzebne. Bardzo mi były również potrzebne mocne spojrzenia wymienione dzisiaj z pewnym dżentelmenem w aptece. Podobnie jak zainteresowanie ze strony farmaceuty. Czuję, że to zintegrowana akcja ratowania mojej samooceny. Wszystkim wymienionym powyżej dziękuję. Dziękuję również wszystkim Wam za dobre słowa w komentarzach. Nie smucę się tak bardzo, po prostu czasami mnie nachodzi, czasem się zastanawiam, czasem jestem niżej niż wyżej, każdy tak ma, prawda? Ja mam już dzisiaj lepiej.
poniedziałek, 29 września 2008
Jesienne klimaty
Tydzień poprzedni zniknął mi z kalendarza. Stało się tak, że codziennie się z kimś widziałam, codziennie rozmawiałam, słuchałam, dopytywałam i byłam wypytywana. Chwaliłam się swoją opalenizną i tyle. Tydzień zniknął. Jakoś uleciał. Na weekend pojechałam do rodziców, więc weekend też umknął i dzisiaj usiadłam przed moim laptopem i zastanawiam się, co się dzieje. Dookoła ludzie łączą się w pary. Wszyscy jakoś znaleźli nagle drugą połówkę. Ja trwam uparcie. Na dodatek, wygląda na to, że miejsca poszukiwań mi się kończą – z wakacji wróciłam singlem. Jeśli mam spotkać mężczyznę mojego życia zupełnie przypadkiem, natknąć się na niego w hipermarkecie, to może by to się stało już. Mogłoby być? Fakty niewiele znaczą wobec nastawienia. Staram się to sobie powtarzać, ale przyznam, że nie wiem, jakie jest moje nastawienie. Bardziej jesienne niż każde inne chyba. Siedzę na swojej sofie, w polarze i z kubkiem waniliowej herbaty, zastanawiam się co dalej. Chciałoby się zapytać słowami piosenki „Bo kiedy nie ma miłości, co dalej, co dalej?”. No i nie wiem. Ogrzewam się jeszcze ciepłem zdjęć wakacyjnych. Patrzę w błękitne niebo, przypominam sobie jak było. Napawam się jeszcze słowami wychwalającymi moją opaleniznę i zaciekawionymi spojrzeniami niektórych mężczyzn. Ale przed nami jesień, a potem zima. I wygląda na to, że jak tak dalej pójdzie pierwszy raz skończę rok nie realizując swoich postanowień. To chyba jakaś depresja po-powrotowa. Jestem pewna, że mi przejdzie, tylko nie wiem kiedy. |
O autorach
Ostatnie notki
Zakładki:
Kulturalny Froblog
Wakacyjne TE DWIE
w Nowym Jorku
The best of TE DWIE
Do poczytania
Do posłuchania
Fro o Starbucks
Napisz do nas
Zaglądamy tu i tam
Znani blogują
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||